S. Aleksandra, „Największym marzeniem była praca w policji”

Największym marzeniem była praca w policji

Istota i pojęcie powołania zawsze były dla mnie odległe. Powołanie do życia konsekrowanego w moim odczuciu, jako dla nastolatki, było wykonywaniem zawodu w niestandardowy sposób. Nigdy nie żyłam blisko Kościoła i nigdy nie myślałam o życiu zakonnym. Piłka ręczna i wszelakie rozrywki były dla mnie centrum.

Moim największym marzeniem była praca w policji. Już w klasie zerowej, kiedy można było narysować coś o dowolnej tematyce, przeważnie wybierałam policjantki, posterunek, wozy policyjne i pościgi. To marzenie z roku na rok zakorzeniało się we mnie coraz głębiej. W klasie maturalnej podjęłam pierwsze kroki, by dostać się do Wyższej Szkoły Policyjnej. Od trzeciej klasy szkoły podstawowej trenowałam piłkę ręczną, co pochłaniało cały mój wolny czas, ale wiedziałam, że aby dostać się do szkoły, muszę zaliczyć różne testy, a w nich – test sprawnościowy. Ten argument motywował mnie w trudnych dla sportowca chwilach. Jeszcze przed wynikiem matur zaliczyłam testy. Potem okazało się, że brane pod uwagę przedmioty z matury poszły mi bardzo dobrze.

Nikomu nie mówiłam wprost o moich planach na wypadek gdyby się nie udało. I znalazła się jedna przeszkoda… Stancja daleko od domu. Podpytałam dyskretnie mamę, jak to miało wyglądać, ale mama wyjaśniła mi, że nie będzie nas stać, abym zamieszkała gdzieś indziej i że muszę wybrać szkołę w Bydgoszczy. Zapisałam się na inne kierunki bliżej domu, ale cały czas miałam nadzieję, że moje marzenie się spełni. W wakacje po maturze pojechałam na oazę do Bysławka. Znałam już długo Siostrę Prowadzącą i zamierzałam opowiedzieć jej wszystko, aby wsparła moją inicjatywę modlitwą. Nadarzyła się piękna okazja. Siostra zorganizowała jednodniową pielgrzymkę do Gietrzwałdu. Opowiadała o cudach, o opiece Maryi, która nigdy nie była mi bliska i której życiorys wzbudzał we mnie wiele podejrzeń. Mimo wszystko była moją ostatnią deską ratunku.

U stóp Pani Gietrzwałdzkiej przedstawiłam Bogu, jak się sprawy mają. Potrzebowałam pieniędzy… Maryi powiedziałam tylko, że mocno ufam, że zajmie się moją przyszłością. Tego samego dnia, po wypiciu litrów wody ze źródełka gietrzwałdzkiego, całą oazą pojechaliśmy na obiad do Sióstr do Lubawy. W tymże dniu Siostry gościły Siostrę Wizytatorkę Zgromadzenia w swoim domu. Ja natomiast przytaknęłam na propozycję spotkania się z S. Wizytatorką i zgłosiłam się do Zgromadzenia Sióstr św. Wincentego a Paulo, zapewniając S. Wizytatorkę, że jest to pragnieniem mojego serca. Serce i rozum biegły w przeciwnych kierunkach, nie miałam w planach powiedzieć czegoś takiego.

Cały kolejny miesiąc zastanawiałam się, jak to odkręcić, aby nie sprawić Siostrom przykrości i nie robić zamieszania. Nie rozumiałam, dlaczego tak powiedziałam, ale zanim zostałam Siostrą Miłosierdzia przeżyłam piękny czas przygotowania zwany postulatem, który umocnij, oczyścił i wyszlifował moje szalone „TAK” dane Jezusowi.

Teraz bardzo kocham moje Zgromadzenie i jestem Mu wdzięczna za okazanie mi zaufanie. Nie wyobrażam sobie nie być Córką św. Wincentego a Paulo i wiem, że tę łaskę wyprosiła mi sama Matka Boża, którą prosiłam o zajęcie się moją przyszłością. Maryja jak zawsze wybrała najlepszą opcję. Od chwili kiedy zrozumiałam, że Matka Boża spełniła moją prośbę w taki wyjątkowy sposób, została moją prawdziwą przyjaciółką, której w Zgromadzeniu nie opuszczam na krok.

  • Weszłam do księgarni i otworzyłam książkę
  • Wypowiedziane słowa Pan Bóg przyjmuje na serio
  • Pamiętam, w którym miejscu przejeżdżał tramwaj

S. Anna, „Weszłam do księgarni i otworzyłam książkę”

Zawsze wydawało mi się, że osoby, które zostają siostrami zakonnymi lub księżmi muszą być obdarzone wyjątkowymi talentami, pochodzić z bardzo religijnych domów i wybitnie uczyć się w szkole. Jako mała dziewczynka przyglądałam się ofiarnej pracy sióstr szarytek, które miały swój dom w mojej rodzinnej parafii. W IV klasie trafiłam do grupy Dzieci Maryi. Był to dla mnie czas ogromnej radości, odnajdywania entuzjazmu wiary; pragnęłam cała zaangażować się w działalność naszej wspólnoty.

Czas szkoły średniej był czasem osłabnięcia mojej relacji z Panem Bogiem, a także ze Stowarzyszeniem oraz Siostrami. Ograniczyłam się do niedzielnej Mszy św. i uznałam, że tyle wystarczy. Kiedy przyszedł czas studiów, szybko zachłysnęłam się dużym miastem, nowymi znajomymi, pracą; Pan Bóg był jakoś tak na boku. Pamiętam jedną modlitwę, którą wypowiedziałam przed wyjazdem z domu rodzinnego: „Boże pokaż mi, co chcesz, abym robiła w życiu”. Wydawało mi się, że już po roku Bóg mnie wysłuchał.

Poznałam Wspólnotę Burego Misia, która przyjaźni się z osobami z niepełnosprawnością. Wspólne wyjazdy, obozy, częste spotkania. Pojawiła się myśl, abym zamieszkała z osobami niepełnosprawnymi na stałe w jednym domu. Czułam się bardzo szczęśliwa, a jednocześnie miałam poczucie jakiego braku.

Pewnego popołudnia wybrałam się na Mszę św., na której była czytana Ewangelia, gdzie Jezus mówi do ucznia: „Pójdź za mną”. Bardzo przeżyłam tę Eucharystię, opuszczałam kościół z pytaniem: „Czego, Panie Boże, chcesz? Co mam robić?”. Biegłam, długo biegłam, aż weszłam do księgarni i otworzyłam książkę, która jako pierwsza leżała na półce i zobaczyłam zdjęcie Siostry Szarytki. Bardzo się przestraszyłam! „Ja mam być Siostrą? Przecież nie mam tych wszystkich cech, które wydają się niezbędne, by być szarytką”.

Po dwóch tygodniach walki ze sobą i Panem Bogiem pojechałam do Chełmna, by porozmawiać z Siostrą Wizytatorką, prosząc o przyjęcie do Zgromadzenia. Umówiłam się na czerwiec, aby rozpocząć pierwszy etap. Był 11. dzień marca, kiedy wszystkie moje plany runęły jak domek z kart. Nagle źle się poczułam, zostałam zabrana do szpitala, okazało się, że jestem chora i moja choroba jest przeszkodą, aby wstąpić do Zgromadzenia. To był niełatwy czas, choć jednocześnie bardzo cenny. Zrozumiałam, że Pan Bóg czyni mnie wolną w wyborze drogi życia, że nie chce mnie zmuszać. Próbowałam powrócić do normalnego życia, choć wszystko było już inne.

Umówiłam się, że w lipcu przyjadę na rozmowę z Siostrą Wizytatorką, aby jeszcze raz porozmawiać o mojej chorobie i planach na przyszłość. Był to czas, kiedy moje serce bardzo się zmieniło; zaczęłam dostrzegać i doświadczać, jak wielkim darem jest powołanie, by zostać szarytką. Nie było we mnie przymusu. Pojechałam na spotkanie do Chełmna i ku mojemu zaskoczeniu S. Wizytatorka powiedziała, że 1. sierpnia mogę rozpocząć postulat, mimo że wyniki badań nie były dobre. Powiedziała „Zaufajmy Bogu, zobaczymy, co chce nam powiedzieć”.

O mojej decyzji powiedziałam rodzicom, którzy byli bardzo przeciwni, było wiele przeciwności, ale ja miałam w sercu ogromny pokój i poczucie, że Pan Bóg jest ze mną, cokolwiek się wydarzy. I za to Chwała Panu! Dziś jestem zdrowa i służę Panu oraz ubogim.

S. Milena, „Wypowiedziane słowa Pan Bóg przyjmuje na serio”

Gdy byłam nastolatką, często mówiłam rodzicom, że gdy skończę osiemnaście lat, to się wyprowadzę z domu. I tak się stało. Trzy dni po maturze spakowałam potrzebne rzeczy i wyjechałam do rodziny do Poznania.

Krótko po przyjeździe zaczęłam szukać pracy. Wcześniej zdałam egzamin na studia pedagogiczne. I tak w pewną sobotę, po południu zapukałam do furty klasztornej Sióstr Miłosierdzia w Poznaniu. Pamiętam, że Siostra, która otworzyła drzwi, popatrzyła na mnie dziwnie, ale z uśmiechem wysłuchała, z czym przyszłam. Po dwóch tygodniach otrzymałam list z odpowiedzią, że zostałam przyjęta do pracy na stanowisko opiekunki.

I tak się zaczęło… Bardzo polubiłam swoją pracę, byłam zachwycona starszymi Paniami. Pewnego dnia dostałam do przeczytania książkę pt. „Ojciec Ubogich”. Od tego momentu nie mogłam sobie znaleźć miejsca. A jeszcze przed maturą powiedziałam Jezusowi, że gdy zdam maturę, już nie będę uciekała przed Nim, pójdę do klasztoru.

Próbowałam ten głos zagłuszyć głośną muzyką, dyskotekami, spotkaniami z ludźmi – nic nie pomogło, jeszcze bardziej Głos przynaglał. Aż w końcu poprosiłam Siostrę Oddziałową, z którą pracowałam, aby zawiozła mnie do domu formacyjnego, by poznać dziewczęta, które przyszły do klasztoru.

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy weszłam do kaplicy Sióstr na ul. Mińskiej w Poznaniu. Zobaczyłam w ołtarzu Pana Jezusa Robotnika w białej szacie, miał spracowane ręce, ale otwarte. W jednej chwili zdemaskowałam się i powiedziałam półszeptem: „Jezu, wygrałeś”.

W niedługim czasie złożyłam dokumenty o przyjęcie do Zgromadzenia. Nie miałam pewności, że gdy pójdę do klasztoru, będę służyć starszym ludziom.

Ale Bóg jest wszechmocny, jedyny i wszystko może. Po formacji początkowej Przełożeni posłali mnie na studia pielęgniarskie i dziś już kilkanaście lat służę Panu Jezusowi w Chorych. Jestem wdzięczna za dar powołania.

S. Aleksandra, „Pamiętam, w którym miejscu przejeżdżał tramwaj”

Kiedy powiedziałam, że po skończeniu szkoły pójdę do zakonu nikt w domu nie uwierzył. Tak naprawdę wcześniej nigdy nie myślałam o takim życiu, a jednak coś (albo Ktoś) to zmieniło. Moja koleżanka z klasy opowiadała mi o swojej cioci zakonnicy. Te jej opowiadania wciąż gdzieś powracały w moich myślach, aż pojawiło się pytanie: Może ja też zostanę siostrą?

Znajomi mówili: Jak masz powołanie, to pójdziesz! Ale ja nie wiedziałam, czy mam powołanie i jak mam je rozpoznać. Poznałam dwa zgromadzenia. Było w nich różnie. W jednym fajne siostry, ale nie umiałam się tam modlić, miałam wrażenie, że do nich nie pasuję, że mam iść gdzie indziej. Drugie zgromadzenie też miało fajne siostry, a moja modlitwa i kontakt z Bogiem były rewelacyjne. Tylko siostry nosiły granatowe habity. Nie lubiłam granatu, więc nie chciałam do nich wstąpić. Tak właściwie zaczęłam czuć niepokój i zastanawiać się, co dalej zrobić. Prosiłam Jezusa, aby mi dał znać, gdzie mam iść i czy mam powołanie.

Pewnego dnia jechałam tramwajem, w myślach rozmawiając z Bogiem i już może po raz setny pytając Go o powołanie i dalszą drogę. I nagle (dziś mam 25 lat powołania i dokładnie pamiętam, w którym miejscu przejeżdżał tramwaj) Bóg w moim sercu powiedział mi: Masz powołanie, idź za Mną. Ja to autentycznie czułam, słyszałam i wiedziałam bez słów, że mam iść do granatowych sióstr – Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego a Paulo, gdzie jestem autentycznie szczęśliwa.